Ta scena pewnie przejdzie do historii polskiego parlamentaryzmu: trwa dyskusja nad projektem nowej ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, poseł PO Michał Szczerba powołuje się na tłumaczoną z angielskiego broszurę o tym co politycy powinni wiedzieć na temat prawa.

Schodzi z trybuny, zmierza do pierwszej ławki, w której siedzi prezes PiS-u, i kładzie przed nim omawianą broszurę.
 

Ledwo broszurka dotknęła blatu, poseł Brudziński ze złością szurnął ją na podłogę. Niezrażony poseł Szczerba podniósł to „zatrute jajo” i próbował położyć broszurę jeszcze raz przed prezesem. I oto co następuje – posłowie Brudziński i Terlecki jak na komendę stają w taki sposób, żeby ciałami swymi osłonić siedzącego prezesa, co im się udaje. I poseł Szczerba jak niepyszny odchodzi ze swoją broszurą.

Oglądałam dyskusję nad kolejnym, już prawie ostatnim, etapem podporządkowania polskiego sądownictwa partii panującej. Temat bodaj najważniejszy dla ustroju Polski, ale dla przeciętnego Suwerena mało ważny, a dla masowego Suwerena, sympatyka PiS, zupełnie nieciekawy. Najlepszy dowód, że rządowe „Wiadomości” w swoim głównym wydaniu sporo czasu poświęciły rozpatrywanej przez Sejm i kontrowersyjnej podwyżce cen benzyny a słowem nie zająknęły się o tym, że opozycja w Sejmie przestrzegała czym grozi partyjne sterowanie sędziami. Sądy nie są w narodzie popularne – terminy odległe, sprawy się wloką, PiS mówi że trzeba to naprawić więc pewnie ma rację że trzeba je naprawić. Argumenty Ziobry są dla przeciętnego człowieka zrozumiałe – przecież lepiej, żeby na wybór sędziów wpływ mieli też posłowie, którzy reprezentują naród, aniżeli sami sędziowie bo nikt nie jest prorokiem we własnej sprawie. Prezes nie musi czytać angielskiej broszury, żeby wiedzieć co jest dla narodu dobre.

Oglądałam to ponure widowisko w Sejmie i kolejny już raz miałam wrażenie, że czas cofnął się do mojej wczesnej młodości. Tyle że kilkadziesiąt lat temu, w początkach PRL-u, byłam młodzieżówką skłonną uwierzyć partii, że chodzi jej o porządek i sprawiedliwość społeczną. Teraz wiadomo, że to było oszustwo, czy pomyłka, jak chcą niektórzy i nie ma co się łudzić, że zamiana niezależności na zależność od polityków może być lepsza.

Jeden z posłów PO przytoczył w dyskusji fragment z przemówienia Władysława Gomułki z 1948 roku, w którym on jasno zapowiedział, że partia rządząca musi przejąć pełnię władzy nad ważnymi dziedzinami życia – administracją, oświatą, kulturą, sądownictwem. I PPR, a potem PZPR tę władzę przejęło, a społeczeństwo odczuło na własnej skórze czym brak pluralizmu pachnie. Komunizm przegrał, ale kończył się długo i zostawił po sobie zrujnowany kraj. Potępiliśmy komunizm, przez ćwierć wieku udało się zorganizować demokratyczne państwo, także sądownictwo, na zasadach jakimi kierują się rozwinięte kraje. Nie było idealnie, jednak liczyły się kompetencje zawodowe i niezależność bardziej niż polityczne układy. A teraz wracamy do czasów z przemówienia Gomułki, kiedy rządząca partia uzurpuje sobie prawo przejmowania pod swoje skrzydła wszystkich ważnych dziedzin życia narodowego.

Jest jednak różnica – tamten ustrój nie udawał, że to co robi jest normalną, nazywaną przez nich burżuazyjną demokracją w stylu zachodnim. Nazwano ją demokracją ludową i miała być lepsza od tej burżuazyjnej. Teraz PiS wprowadza tu swoją partyjną demokrację i nazywa dobrą zmianą. Ma to być znowu demokracja jednej partii z pierwszym sekretarzem na czele.

W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że u schyłku życia trafi mi się taka reinkarnacja, czyli powrót na ziemię ojczystą rządzoną tak samo jak za mojej młodości.

Oglądanie tej relacji z Sejmu to było dramatyczne widowisko. Powinnam wyłączyć telewizor, jak zapewne większość współobywateli zrobiło, ale zdumienie, że dzieje się to na jawie a nie we śnie przykuwało do ekranu. Na pierwszym planie siedział prezes. Miał zaciśnięte wargi, nie wiem czy to nawyk, tik nerwowy, objaw skupienia , czy wyjątkowego podniecenia. W końcu odgrywał się jeden z głównych aktów swojej strategii w programie przejmowania państwa. Zostały wprawdzie jeszcze do przejęcia niezależne media prywatne, ale dzięki dyrygowaniu sędziami można będzie już usuwać ze stanowisk ludzi z różnych obszarów życia. Ludzi niewygodnych dla dobrej zmiany. A także trzymać w szachu tych, którym przychodzi do głowy partyjne nieposłuszeństwo.

Opozycja dwoiła się i troiła. Za moich młodych lat w sejmie było nie do pomyślenia, żeby ktokolwiek tak otwarcie atakował „władzę ludową”. Teraz jest inaczej – gadajcie co chcecie, ważne jest tylko czy mamy większość. Bo większość wisiała na włosku i niewiele brakowało, żeby starannie przygotowane przez ministra-prokuratora Ziobrę ustawy nie przeszły. Opozycja się piekliła, wysuwała obawy, bluzgała oskarżeniami, a prezes i jego sąsiedzi siedzieli spokojnie jak w poczekalni dworcowej i nawet im powieki nie drgały. Posłowie PiS czytali sobie coś pod ławką, pani premier omawiała z ministrem Szyszko zapewne strategię dalszej walki z obcą ingerencją w naszą puszczę. Bo nie były ważne prawnicze argumenty i partia rządząca nawet nie udawała że ich słucha. Ważne było jedynie, żeby nikt ze swoich nie wyszedł kiedy dojdzie do głosowania i nie zachwiał kruchą większością. Myślę, że temu też poświęcone były zaciśnięte nerwowo wargi prezesa.

W programie pełnego przejmowania sądownictwa są nie tylko groźby, są także nagrody. Dobry minister-prokurator przewidział konfitury w postaci szybkiej ścieżki awansu dla tych służebników sądownictwa, którzy nie zawiodą pokładanych w nich nadziei. Ale, rzecz jasna są i kary. Minister-prokurator generalny może odwołać w dowolnej chwili każdego prezesa sądu bez uzasadnienia!

Myślę, że wszystkie kroki zostały starannie przemyślane przez genialnego stratega, który w napięciu, z nerwowo zaciśniętymi wargami śledził jak gładko jego plan przechodzi przez demokratyczne bariery.

Kiedy wyłączyłam wreszcie telewizor z tym horrorem jedna myśl kołatała mi się po głowie – do kitu jest system demokracji liberalnej, najlepszego ustroju jakiego się ludzie w naszej cywilizacji dochrapali, skoro tak łatwo i tak bezboleśnie można go w ciągu jednej nocy, używając legalnych narzędzi, posłać do lamusa. Wszystkie poprawki opozycji z automatu szły do kosza przy pokerowo obojętnych minach zwycięzców. I dalej można śledzić proces nabijania ludzi w butelkę w przejętej, w pierwszej kolejności po wygranych wyborach, państwowej telewizji. Nazajutrz, na przykład, wspomniano tam o protestach opozycji, ale ani słowo nie padło, że protesty głównie dotyczyły wyboru sędziów przez polityków co pozwola bez reszty sądownictwo podporządkować kierowniczej roli partii. Co za mojej młodości było normą.

Genialny strateg śledził ramię w ramię z kumplem Terleckim jak gładko strategia się toczy. Wprawdzie opozycja się piekli, protestuje, podsuwa broszury czyli robi co może, ale strateg przemyślał wszystko i wie, że opozycja nie może nic.

Z przykrością myślę, że będzie wielu rodaków, którym zaimponuje udany manewr czy mówiąc zwyczajnie zamach stanu na demokratyczne struktury. Proszę, jak zręcznie ICH wykołowali!. Cwaniactwo zawsze miało u nas wysoka lokatę.

Przypomniał mi się początek lat 70-ych, w Stoczni Szczecińskiej strajkowano a konkretnie chodziło o prawo wyboru do rad zakładowych ludzi typowanych na wydziałach produkcyjnych a nie w komitecie partyjnym. Obserwowałam radosne ożywienie stoczniowców, wywalczyli sobie to prawo i z entuzjazmem zgłaszali kandydatów. Byłam dobrej myśli – oto demokracja wygrywa z partiokracją. Układam w myślach artykuł do „Sztandaru Młodych” gdzie wtedy pracowałam – o tym jak robotnicy wybijają się na samodzielność. Przed wyjazdem ze Stoczni wstąpiłam jeszcze do rady zakładowej, żeby się pożegnać z gospodarzami. Siedział tam sztab towarzyszy, ktoś akurat przyszedł z wydziału produkcyjnego gdzie trwało głosowanie i opowiadał jak robotnicy wybierają swoich przedstawicieli. A sekretarz partii, który też tam siedział, nie krępując się moją obecnością powiedział uspokajająco: a niech sobie wybierają, niech sobie wybierają. I cała koncepcja reportażu mi się zawaliła.

Przypomniałam sobie ten spokój sekretarza partii w styczniu 1970 roku, kiedy patrzyłam na pokerową minę prezesa partii, rządzącej obecnie w Polsce.

 

Agnieszka Wróblewska

Źródło: studioopinii.pl