Klimat to poważna sprawa.

Nie jestem specjalistą, żyję w tym  klimacie, oddycham, czytam, wyczuwam klimat. W dzieciństwie uczyłem się wiersza o dymieniu kominów, które to dymiące kominy miały mnie napawać dumą. Kominy faktycznie dymiły, oddychać było coraz trudniej, ale z jakiegoś powodu towarów w sklepach nie przybywało. W gazetach wyjaśniano to na różne sposoby, wskazując głównie na winy kapitalizmu, a w domu otrzymywałem wyjaśnienie, że tak właśnie działa socjalizm, dymi i tyle.
 

Po cichu mówiono, że w kapitalizmie ludziom żyje się lepiej, z czego mogło wynikać, że tam kominy dymiły bardziej. Różne rzeczy się waliły, ale teraz wiemy z całą pewnością, że cała reszta się zawali z powodu tych dymiących kominów. Mamy globalne ocieplenie oraz zapewnienia, że to globalne ocieplenie to kara za dymiące kominy.

Globalne ocieplenie jest faktem, grzech dymienia również, podobno można się spierać o to, jaki jest związek między grzeszeniem a ociepleniem. Jednak spieranie się o związek między grzechem i rzekomą karą za grzechy nigdy nie było mile widziane. Jesteśmy grzeszni, lubimy być winni, a nasze poczucie winy jest czasami zręcznie wykorzystywane przez polityków i nie tylko przez polityków. Mamy w ręku niezbite fakty, temperatura rośnie, a my dymimy. Powiadają niektórzy, że kiedyś nie dymiliśmy, a klimat się zmieniał, podejrzewano zmienną aktywność słońca, uczeni odkryli, że w kwestii klimatu oceany robią różne rzeczy, o które nikt normalny nigdy by ich nie podejrzewał, więc jak się człowiek nie zna, to pewnie nie powinien zabierać głosu. A jednak klimat wokół klimatu skłania do zadawania pytań. Niektóre pytania zadają tacy, co podobno się znają, a wtedy inni, co też się znają (oraz tacy co piszą o takich co się znają) okropnie na nich krzyczą i wyzywają ich od najgorszych. Tu pojawia się pytanie, skąd ten gorący klimat dyskusji i kto go tak podgrzał?

Spójrzmy na to oczyma laika, obserwatora dyskusji, który nie ma szans na samodzielne rozstrzygnięcie tego, kto w tym sporze ma rację, ale zdaje sobie sprawę z tego, że wybór reakcji na globalne ocieplenie będzie miał bardzo poważne konsekwencje dla losów świata.

Jeśli słuszne są obawy, że nasze spożycie energii zagraża ludzkości, powinniśmy gwałtownie ograniczyć spożycie energii, ale to zmniejszy nasze możliwości produkcji żywności, opieki zdrowotnej, budowy dróg i domów, spowoduje obniżenie standardów życia na Ziemi, uderzając głównie w najbiedniejszych. Jeśli mimo to te działania okażą się nieskuteczne (czy to dlatego, że ocieplenie nie jest aż w takim stopniu uzależnione od gazów cieplarnianych produkowanych przez człowieka jak nam to sugerują, czy dlatego, że podjęte działania mają bardzo niską skuteczność), może się okazać że zainwestujemy astronomiczne pieniądze, narazimy miliony ludzi na ogromne szkody, nie zyskując niczego i tracąc możliwość zabezpieczenia się przed skutkami ocieplenia, któremu nie byliśmy w stanie zapobiec. Tak ten dylemat przedstawia kierowany przez Bjorna Lomborga Copenhagen Consensus, argumentując, że strategia obrony przed skutkami ocieplenia byłaby skuteczniejsza niż jak dotąd całkowicie nieskuteczne próby jego zatrzymania.

Argumentacja wydaje się interesująca i zapewne warto przynajmniej zapoznać się ze szczegółami, które oparte są nie na gołym „widzi mi się”, a na starannych obliczeniach. Ponieważ dyskusja o klimacie stała się starciem ideologii, więc nawet bardzo mądry przyjaciel, poinformował mnie, że nie będzie się zapoznawał bo „czytał, że Lomborg to negacjonista”.

Socjolog musi się zastanawiać nad pytaniem jak to się stało, że nawet ludzie na innych polach racjonalni, którzy w dyskusji o innej sprawie krzyknęliby oburzeni, że argument z autorytetu nie jest żadnym argumentem, na tym polu ochoczo ten klasyczny błąd rozumowania popełniają. Jeśli nie mam kwalifikacji do samodzielnego rozstrzygnięcia sporu o to, w jakim stopniu produkowane przez człowieka gazy cieplarniane powodują globalne ocieplenie, ale widzę, że samo pytanie wywołuje blokadę racjonalnego myślenia, warto się zastanowić nad kolejnym pytaniem, jak też się ten klimat dyskusji o klimacie rozgrzał. Czy to rozgorączkowanie w kwestii klimatu może mieć coś wspólnego z polityką? Twardych dowodów nie ma, intryguje pewna sekwencja zdarzeń.

W 1925 roku, w szwedzkim mieście Nyköping urodził się chłopiec, któremu dano na imię Bert, w tym samym roku w miasteczku Grantham w Anglii urodziła się dziewczynka, której dano na imię Margaret. Chłopiec został naukowcem i zajmował się meteorologią, dziewczynka studiowała chemię, ale została premierem. Margaret Thatcher została premierem w 1979 roku, po tym jak rząd brytyjskiej Partii Pracy przegrał swoją bitwę ze związkami zawodowymi, a przede wszystkim z górnikami. Te zmagania związane były z katastrofą spowodowaną w 1973 roku przez decyzję państw zrzeszonych w OPEC o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej, co pociągnęło za sobą nagły dramatyczny wzrost cen tego surowca i załamanie się przemysłu samochodowego, okrętowego oraz paru innych. Równolegle dokonywał się „cud” gospodarczy Japonii i innych azjatyckich tygrysów, który charakteryzował się tym, że kraje azjatyckie nauczyły się produkować skomplikowane towary przemysłowe dobrej jakości, ale taniej, podważając dotychczasowy monopol na tego rodzaju produkcję najbardziej rozwiniętych krajów zachodnich. Robotnikom (a w szczególności reprezentującym ich związkowcom) trudno było zrozumieć, że to nie kapitaliści chowają pieniądze do kieszeni, a radykalnie zmieniła się rzeczywistość. Model finansowania wzrostu płac i świadczeń socjalnych z dochodów z eksportu przestał działać, ale związkowcy sądzili, że da się wymusić jego dalsze działanie przez strajki i protesty. Najgłośniej i najbardziej gwałtownie protestowali górnicy.

Czy tak zwana „trzecia droga” okazała się ślepa uliczką? To zależy jak ją będziemy definiować, jeśli jako połączenie sprawnego kapitalizmu i państwa opiekuńczego, to raczej możemy powiedzieć, że na autostradzie pojawił się znak objazdu i skręciliśmy w boczną drogę wybrukowaną kocimi łbami. Dla odzyskania sprawności kapitalizmu potrzebni byli nowi przywódcy. W USA pojawił się Ronald Reagan a w Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Aplikowane lekarstwa na wzmocnienie osłabionej konkurencyjności zachodniej gospodarki wymagały dodatkowej terapii szokowej w postaci pozbawienia związków zawodowych (a w szczególności potężnych związków górników) kłów i pazurów. Margaret Thatcher była już wcześniej zwolenniczką elektrowni atomowych, ale teraz, kiedy była już premierem, elektrownie atomowe mogły raz na zawsze zakończyć tyranię górników.

Tymczasem szwedzki naukowiec Bert Bolin pracował w Szwecji i w Ameryce, był zafascynowany nowymi technikami komputerowych modeli, zdjęć satelitarnych i wystąpił z teorią, że za zmiany klimatyczne odpowiedzialny jest głównie człowiek. Klimatolodzy traktowali jego rewelacje sceptycznie, uważając, że wyolbrzymia jeden czynnik, ignorując pozostałe. Podobno Margaret Thatcher przeczytała o jego teoriach i poprosiła brytyjskich specjalistów, żeby się temu przyjrzeli. Oczywiście nie sugerowała jaki ma być wynik, ale ponieważ spore fundusze rządowe zostały przeznaczone na sprawdzenie tej właśnie teorii, więc na te granty rzucili się zwolennicy tej teorii, co wydaje się ze wszech miar zrozumiałe.

Strategia Margaret Thatcher była mądra i skuteczna. Zamiast atakować górników, należy zaatakować węgiel, a górnicy przestaną być problemem niejako przy okazji. Lęk przed ociepleniem zmniejszy lęk przed elektrowniami atomowymi, więc łatwiej będzie ludzi do nich przekonać, no i jak przestaniemy tyle dymić to i środowisko będzie bardziej czyste, więc same plusy.

Wina człowieka, a w szczególności, wina żądnych zysku kapitalistów, zauroczyła również środowiska lewicowe, które zawsze stały twardo na stanowisku, że lepiej być bez chleba niż codziennie patrzeć jak się piekarz bogaci. Związek Radziecki utracił atrakcyjność, Mao umarł, Deng zdradził, wina dymiącego człowieka wyłoniła się jak słońce na horyzoncie.

W mediach lewicy więcej niż w naukach ścisłych, a jakby tego było mało był to moment historyczny, w którym magnaci prasowi przejmowali wielkie tytuły i budowali prywatne stacje telewizyjne, a dla magnatów prasowych dziennikarska rzetelność to grzech znacznie większy niż dymienie, zaś wina dymiącego człowieka sprzedawała się po stokroć lepiej niż wpływy słońca, oceanów i wulkanów razem wzięte.

Ruszyła lewica żwawo śladami pani Thatcher, a niebawem nakłady na naukę o klimacie zmieniły się z milionów w miliardy. Im bardziej problem stawał się poważny, tym mniej poważnie o nim rozmawiano. Wątpliwości budziły modele komputerowe nieodmiennie przewidujące apokalipsę, wątpliwości budził zachwyt dla propagandy strachu, niepokoiła odmowa rewizji oszacowania wielkości wpływu produkowanych przez człowieka gazów cieplarnianych na ocieplenie, największe wątpliwości budziły zapewnienia, że da się powstrzymać emisję COapelami (głównie do krajów ubogich), żeby przestać dążyć do energochłonnego rozwoju i zaufać, że energia odnawialna z powodzeniem zastąpi tradycyjne źródła energii.

Margaret Thatcher wkroczyła na ścieżkę wojenną ze związkami zawodowymi w 1983 roku. Hojne dotacje na badania klimatologiczne były tu tylko jednym z podrozdziałów, miały jednak większe konsekwencje niż wiele innych rzeczy. W 1988 roku utworzono przy ONZ Intergovernmental Panel on Climate Change (IPCC), na jego czele stanął Bert Bolin, naukowiec wierzący w niemal wyłączną winę człowieka za ocieplenie i równie święcie wierzący w to, że modele komputerowe są wróżką, która się nie myli.

Od tamtej pory upłynęło trochę wody w Wiśle, był Protokół z Kioto, Porozumienie Klimatyczne w Paryżu i kilka innych widowiskowych spotkań, z których uważny obserwator może wywnioskować, że coś to powstrzymywanie globalnego ocieplenia marnie wygląda. Kominy dymią, jedyny kraj, który znacząco obniżył emisję gazów to Stany Zjednoczone, które w znacznym stopniu przeszły na elektrownie gazowe (dzięki nowym technologiom wydobycia gazu łupkowego). Rozwój energii odnawialnej byłby prawdopodobnie znacznie szybszy, gdyby nie subwencje czyniące nieopłacalne technologie opłacalnymi. Wątpliwości co do przewidywań w oparciu o modele komputerowe narastają, ale zarówno w przypadku ich poprawności (czyli faktycznego znacznego podniesienia się poziomu temperatur i poziomu mórz), jak i w przypadku znacznie łagodniejszego wzrostu temperatur niż przewidują to modele, istnieje groźba, że przyszłe pokolenia powiedzą, że nie umieliśmy dyskutować poważnie o bardzo poważnej sprawie.


 Andrzej Koraszewski
Źródło: studioopinii.pl